powlekać rosnące

powlekać rosnące

O mnie

Moje zdjęcie
Urodziłam się w Pile w 1979 roku, a kilkanaście lat temu osiadłam na warszawskim Grochowie. Jestem poetką, krytyczką, redaktorką; miałam zostać naukowczynią, ale już mi się nie chce. Wydałam na świat trzy książki poetyckie ("Somnambóle fantomowe", "Zagniazdowniki", "Wylinki") i troje dzieci, które coraz bezczelniej sadowią się w pisaniu. Opublikowałam też książkę eseistyczną "Stratygrafie" (Wrocław 2010) i sylwę z apokryfami prenatalnymi - "Powlekać rosnące" (Wrocław 2013).

wtorek, 26 lutego 2013

A ona ma dziś siedem lat


Siedem lat temu rozdzielone, ościenne, nowo narodzone dla siebie. A było tak: 

 

przejście przez morze wewnętrzne. partogram




zwiastuny

paschalna pasjo dniu pierwszy z pierwszych

imienne znamię bydlątko bez skazy



uwertura

z wyraju latopisów

z mazidła wysnuwań

uchodzą w mięsną gęstwę

koszmaria lub bojanek

bydlą ze sobą porywane

ścieżką

zajęczaną od – do zasępioną

zagadaną od – do zawężoną

zwierząt

z dwojga dziatek w odludziu

ostanie się tylko jedno pójdą i znajdą

czuj duch nad jordanami



droga na szczyt

u tętniczki siedzą jak anioł dzieweczki

na błonach bębenków prywatka

ból party gramy gramy

strużką wdechu i bezdechu

kreślisz obrys limitatio

skurcz na szczycie płaski zapis

moja bardzo wielka wina

prowadź mnie prowadź

rozdziel krwiste cieliste

powłoki na dwoje

rozstąp się morze rozstąp

czerwieni na dwa palce

rafy minowe pola koralowe

potem gorszej poddaj mnie próbie



exodus

mowlę wrodzone w niemowlę

samo sobie pomroczę

obłokiem przejaśniam przejście prostuję ścieżki

bawidełkiem-wiejadełkiem oczyszczam omłocik

proroczę zawsze nie z tej parafki



błogostan

znam cię po imieniu jestem twoim lekarzem

błogosławię mnożenie przez podział

choć jestem bogiem zazdrosnym

o bebilonie o meriba o massa

o manno boska słodsza nad makagigę

nomen omen amen



jesteś

mimo odcięcia będziesz do mnie wracać

każdą pierwociną matczynego łona
  


A potem było tak:






boli me tangere. inwolucja




już rozdzielone                          jeszcze ościenne

[gdzie się podział

twój oścień gdzie

zwycięstwo twoje]

przez  r o z s t r z e l e n i e  krwinek

przez wytłuszczenie zrostów

prowadzą dywizjony



do umilenia w mlecznym sfumato

zacieśniam widnokrążek

męczennica jadalna położnica zległa

zwijam się w szczepek nerwów

z niecierpkiem zawiniątkiem

na odpędzenie złego kolebię zaklęciami



głosie genetliakon wyśpiewaj

lulajże nowalijko hiperborejko lulaj

powłoki wybrzuszone

znów się obleczcie w wolumin



naparze z mchu spod bożej męki

oksytocynę podsyć

ucisz się lacrimoso

laktację zbudź przysadko



a ty papierowa ręko

uczona z nieporadników

odegnaj nocnice mamuny

laminuj iluminację



wreszcie ja macierzynka zwyczajna

jeszcze chwilę królem bólem zostanę

w okamgnieniu — zabliźnień rozsadnik

[zanim skończy się

tylko na strachu]

po drugiej stronie                     pierwszego słowa

zaczekam








A jeszcze później spotykałyśmy się po drugiej stronie pierwszych słów i snów (gdzie koniec tęczy czasem dotknie się z morzem wewnętrznym):





 


prequel. wszystko pierwsze




srebrna duszyczko zwrotek marychno
[czechowicz]


noc się posunęła przybliżył się dzień

napadało mleka na niebie całym w płatkach

księżyc w połowie przestał się zaczynać

w grę wzeszła żwawa ogniowa piłeczka



takie to pismo kreślisz osobliwą kredką

manio samosiowa zaranny tamaryszku

fetyszku genezyjski który na wyprzódki

w zlepienicę pralęków scalasz mnie od nowa



a gdy zlizujesz rankę na kolanie:

zjadłam bolenie – mówisz – zjadłam boleć

nowicjat i postulat wsobnych emigracji

oddaję w porękę najprostszym wzruszeniom



ty zatem nieśmiertelniej ja się zmienię w pianę

kość pamięci ulotnej dotknij do żywego

dobroć dopasowania w mrakotę traumatki

przebarw kontrolowanym płaczem nasycarki



przyćmij ultramarynią laserunkiem zakończ

wysunięty języczek przyjmij za zapłatę

żebym pojęła jak bardzo mnie nie ma

z tobą przy tobie w każdym włóknie drżenia





Na jakim rozstaju w drodze do siebie się dzisiaj, córeczko, spotkamy?




poniedziałek, 25 lutego 2013

Notatka do "Intima thule"



„Jak wyjść poza bohaterskie dzieje jednostek, poza indywidualizm tak drogi klasycznej historiografii? Współcześni historycy włożyli wiele wysiłku w szczegółowe przebadanie problemów społecznych, ale w studiach nad przestrzeniami prywatnymi – przestrzenią własnych wyobrażeń o sobie, przestrzenią związków między dwoma charakterami wewnętrznymi, które składają się na intymność czasów współczesnych – nie wyszli poza budującą biografię. W historii «ja» i w historii tego, co intymne, wszystko lub prawie wszystko zostaje do zrobienia”.

[Historia życia prywatnego, t. 3 – „Od renesansu do oświecenia”, pod red. Rogera Chartiera, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 2005]

niedziela, 24 lutego 2013

Nie dać się zwolnić z odpowiedzialności (fragment większej całości)




[...]

Kobiety łatwiej niż mężczyźni zwalniają się z odpowiedzialności za własną twórczość – stwierdza Erica Jong w tekście Artystka jako gospodyni domowa (przeł. Barbara Kopeć-Umiastowska). Dlaczego tak się dzieje? Autorka odpowiada: „Kobiecie trudniej jest zostać artystką, gdyż trudniej jej stać się sobą. Często nie wierzy w życie po trzydziestce; nie wierzy w swój własny głos; nie widzi siebie jako osoby dorosłej. Bez przepustki nie umie nawet wyjść z pokoju. (…) Kobieta – jeśli tylko nie wyjdzie poza stereotypowe role społeczne – może świetnie radzić sobie w życiu, wciąż będąc przekonana, że jest zależną małą dziewczynką. Frau Doktor. Frau Architekt. Pani Józefowa Jakaśtam. Pani Henrykowa Cośtam. Mama Harolda. Mama kart kredytowych, pustych czeków, książeczek bankowych; klientka ZUS-u, pozyskiwaczka sponsorów, kierowniczka klubu, doktorantka, naukowiec, sekretarka... Dopóki przyjmuje polecenia, dopóki nie musi sama sobą kierować i odpowiadać przed sobą za ukończenie pracy... Ale artystka słucha tylko swego wewnętrznego głosu i tylko przed sobą odpowiada. No tak, a jeżeli nie mamy wewnętrznego głosu lub go nie rozpoznajemy?”.
Sytuacja pozostawania w domu z dziećmi – jak pokazuje choćby przykład Adrienne Rich – jest dla artystki idealną okazją, by zwolnić się z twórczości. Dziecko szybko zajmuje miejsce tego, co do tej pory było dla niej najważniejsze – malowanie, śpiewanie, pisanie itd. spadają do rangi zajęć dodatkowych, rzadkiego luksusu lub wręcz kobiecej fanaberii. Matka łatwo rozgrzeszy się (a i inni wykażą zrozumienie), gdy zdradzi własną sztukę – „owszem, zrezygnowałam, ale przecież dla dobra dziecka”. Problem pojawia się później – kiedy, odchowawszy potomstwo, kobieta próbuje znowu tworzyć, i kiedy okazuje się, że nie ma już do czego wracać.
Adrienne Rich opowiada, jak dla zinstytucjonalizowanego macierzyństwa zdradziła własną poezję. „Mój drugi tomik był w druku, jednak ja przestałam pisać i czytałam mało za wyjątkiem magazynów o domu i książek o pielęgnacji niemowląt. Czułam, że byłam przez świat postrzegana po prostu jako kobieta ciężarna i wydawało mi się, że łatwiej i bezpieczniej jest również postrzegać siebie samą w ten sposób”. Będąc w ciąży i wychowując synów, Rich – jak wyznaje – zobojętniała na poezję (tak cudzą, jak i własną), a jeśli już zdarzało jej się pisać wiersze, to nigdy nie wspominała w nich o dzieciach. „Dla mnie poezja była czymś, w czym żyłam nie jako czyjaś matka, gdzie istniałam jako ja”. Wreszcie – po latach rezygnacji – autorka postanowiła podjąć ciężką walkę o odzyskanie swojej sztuki i odbudowanie utraconej tożsamości. „Być coraz bardziej nieugiętą w pisaniu wierszy” – czasem taka deklaracja w pamiętniku wystarczy, żeby na powrót wziąć odpowiedzialność za tworzenie i uniknąć (jak ostro kwituje Rich) „duchowej śmierci”.
„Dlaczego nie piszesz? Pisz! Pisanie jest dla ciebie, ty jesteś dla siebie, twoje ciało jest dla ciebie, weź je!” – nawołuje z pasją Hélène Cixous w Śmiechu Meduzy (przeł. Anna Nasiłowska, „Teksty Drugie” nr 4/5/6, 1993). Ten klasyczny już tekst jest tryumfalną pieśnią pochwalną na cześć kobiecej mocy twórczej – również tej, która płynie z doświadczenia macierzyństwa. Zew Meduzy, już nie odrażającej czy śmiercionośnej (bo taką przedstawiały ją mity patriarchalne), ale pięknej, rozśpiewanej, roześmianej, wyprowadza na światło siostry, które dotąd nie miały odwagi wyjść ze swych mrocznych klitek. I oto „nadciągają, przybyłe spoza czasu”: „małe dziewczynki uwięzione w «źle wychowanych» ciałach”; zatrzaśnięte we „własnych pokojach” pisarki, które wprawdzie trochę tworzyły, ale w ukryciu i ze wstydem; czarownice spławione pod gładką taflę kultury; „piękne usta zatkane kneblem, puchy marne, przerwane westchnienia”; kobiety uginające się pod ciężarem wiecznej winy; te, które panicznie boją się przemówić publicznie, a gdy już ośmielą się „zabrać głos”, to dają w zamian całe siebie – „wystawiają się” cieleśnie (jak w teatrze, jak w zdradzie, na ostrzał); wreszcie zrezygnowane, zahukane matki, którym wmówiono, że ich ciała – ciężarne, rodzące, karmiące – są tabu, i które nigdy naprawdę nie poczuły drzemiącej w nich mocy.
„Pisz siebie: twoje ciało musi stać się słyszalne” – zdają się skanować za Cixous. „Pisz, by wreszcie móc przejąć inicjatywę w swojej sprawie”. Z początku nieśmiały, stopniowo potężniejący, wreszcie wręcz orgiastyczny pomruk nadchodzących kobiet nabiera mocy. Mówią, bo wreszcie zrozumiały, że mogą: „Ta, która dziesięć tysięcy razy ugryzła się w język, by nic nie rzec: albo już ją to zabiło, albo poznała język i prawo do zabierania głosu lepiej niż wszyscy”. I mówią na nowo – śpiewnie, ekstatycznie, cieleśnie – wynajdując zuchwale „niezdobyty język, który rozsadzi ograniczenia, klasy i retoryki, porządki i kodyfikacje”.
A gdzieś wśród nich, wszczynających proces, gotowych na otwarcie, również ty, pękata Winnie the Proof, rozkołysana brzeczka z białym atramentem, nabrzmiewające „obszerne ciało śpiewające”.

[...]



czwartek, 21 lutego 2013

Łokciuk, czyli co w nas siedzi?



Rano: cyt i uff. Odroczenie: nie dopadły mnie jeszcze złe geny, na które inni tak. Wyjaśniły się w nabłonku płaskim niejasne. Ale głębiej, co głębiej siedzi, kto wie?  


W południe: nokaut z łokcia. Samej sobie, klamką w splot nerwowy. Łup i ból że przysiadam. Na ziemi, z czernią w oczach, z małą obok. I nagle chwila niebycia, ćwiczona w czekaniu na wynik, ziszcza się w audiowizual. Bo mdleję jak dziewoja z lichego romansu. Kantem łba o futrynę. Mrok i głosy. Jeden przez drugi, by liznąć w słabiznę, zanim mnie łkanie małej do żywizny ocuci. Zanim zdążę zapytać pochylone postaci: głosy, głosy, kto z was we mnie siedzi, kto wie?


Wieczór: snuję opowieść. Mały słucha uważnie, oczu wytrzeszcz, ja o łokciu, a on ze współczuciem, chuchając leczniczo na kciuka: „o ku mamę boli, o ku?”. Ledwo mówi, a już ma tę przypadłość, ten mem dziedziczony po mamie, że w rozpędzie języka myli łokieć z kciukiem tak samo jak ja. Jaki jeszcze daję mu spadek? Co mu siedzi memem w głowie, genem w głębi, pewnikiem w wątpiach, kto wie? 

wtorek, 19 lutego 2013

Gzik z pyrami, czyli magdalenka po świętomarcińsku



Chciałabym, żeby pamięć miała swoich… posłańców! Anioły zwiastujące radosny czas i miejsca tak odległe, że nic innego nie byłoby w stanie ich przywołać. Anioł Miejsca, Angelus Loci, najpierw długo i starannie nasycałby przestrzenią pióra swoich skrzydeł, skórę i szaty, a potem, przelatując nad naszymi głowami, gubiłby fragmenty miejsc utraconych na zawsze. A my, zatrzymując się, zdziwieni, wciągalibyśmy głęboko powietrze, pytając: „Skąd się tu wzięła cukiernia pana Szmady z ulicy Szkolnej?”. Albo: „To przecież strych mojej ciotki Klary i jej szafa pełna sukien przesiąkniętych zapachem potu i perfum Fougère”. O tak! Przestrzenna natura tego anioła mogłaby przyprawić człowieka o zawrót głowy!

(Lidia Amejko, „Pan Dwadrzewko” w: Głośne historie)



Autor zdjęcia: Jan i Zdzisława Misiak, Opis: Miasteczko Krajeńskie


Wczorajsze spotkanie we Wspólnym Pokoju – promocja Wielkopolskiego alfabetu pisarek pod redakcją Ewy Kraskowskiej i Lucyny Marzec – przypomniało mi, jak głęboko tkwi we mnie to, co redaktorki nazwały „mgławicową (fantazmatyczną?) wielkopolskością”. Tu, w Warszawie, mimo że zameldowana na stałe, zaetykietowana jako „neolingwistka warszawska”, a do tego jeszcze ze stypendium stołecznym na koncie, jestem jedynie (ach, jak te słowa metkują!) „elementem napływowym”. Uświadamiam sobie, że konfrontacja ze sobą – skrupulatna introspekcja – przebiega wyraźnie po izoliniach geograficznych. Unosząc ze sobą do obcej stolicy kuferek dzieciństwa, te wszystkie drobne drogocenne szpargały, przytachałam tutaj (to już 15 lat temu?!) kawałek konkretnych przestrzeni.

Pod szkiełkiem sekretu skrywa się zasuszony listek pilskiego podwórka – plac zabaw przed blokiem, z wiecznie oberwaną huśtawką i zardzewiałą ślizgawką, wyrastające z chodnikowych klepek zielsko z „babeczkami”, którymi my – peerelowskie dzieci z kluczami na szyjach – uzupełniałyśmy niedobory witamin. Ten lokalny sekret w środku ma szarość wojskowego betonu, a na brzegach zieleń lesistego podszytu („rogaczem na wieżowcu Piła witała jeleni”). Zielony, ze zbożowym odcieniem złota, jest też beszong – zakazane miejsce naszych szczenięcych ucieczek – „gdzie te gzuby znów pognało, zaniosło je chyba na zgubę” – krzyczała za nami babcia, kiedy wspinałyśmy się z kuzynami, przez szosę łączącą Huby z Miasteczkiem Krajeńskim, na tajemniczo groźny nasyp kolejowy. Nasypowych urwisk było w okolicy rodzinnej miejscowości moich rodziców (wsi z odebranymi prawami miejskimi) sporo, nieodparcie przyciągały nas tym, czym zagrażały („nie chodźcie tam, bo was zasypie na śmierć”) – i je również unoszę ze sobą w tę mazowiecką płaskość.

Kim byłam w tych naszych wybiegach aż po mokradła nadnoteckie, w leśnych zabłąkaniach, w trawiastych leżeniach? Najpierw Aleksem – przemądrzałą myszą w okularach, występującą w nielicznych odcinkach Pszczółki Mai (potem, już w liceum, zmieniłam image z Aleksa na Axla, bo nosiłam na włosach grubą przepaskę jak wokalista Guns N’Roses, a ksywę – nie wiedzieć czemu – przemianowałam na wielkopolsko brzmiącego Gzika). Najczęściej jednak na tych zgubnych beszongach bywałam Szkarłatnym Willem (bo nie Marion przecież!), biegającym z łukiem u boku brata Robina i kuzyna Małego Johna.

Kim jestem teraz, gdy w sercu warszawskiego Grochowa próbuję wniknąć w moją korzenną wielkopolskość (w wewnętrzny spór niemieckości i słowiańskości, pruskiego drylu i praskiego drygu, przepisowej grzeczności i pisarskiej grzeszności, powściągliwego zachowania i rozrzutnej wyobraźni, matczynego, osądzającego: „co ludzie powiedzą” i ojcowskiego, osobistego: „najważniejsze, co będziesz nosić w sobie”)? Nie odpowiem, w końcu to tylko blogowa notatka do większych opisań, lekki posmak magdalenki na języku, a nie obwarowany zasadami („wszystkie składniki w temperaturze pokojowej”, „mieszać tylko w jedną stronę”, „kilkakrotnie odstawić lodówki, rozwałkować, złożyć w kopertę o rozmiarach, powtórzyć, powtórzyć, powtórzyć, żeby się potem ładnie listkowało”) przepis na świętomarcińskie ciasto półfrancuskie, naładowane po brzegi białym makiem, migdałami, bakaliami i aromatem skórki pomarańczowej. Ale moja magdalenka bardziej niż przepychem rogali smakuje rzeźwiącymi amoniaczkami (primo voto amerykanki), po które wymykałyśmy się do sklepiku z liceum na Pola („fajne z Wincentego Pola idą w świat dziewczyny”). Nostalgia osadza się na języku także mączną słodyczą drożdżówek suto okraszanych kruszonką, których w takim bogactwie nie spotka się nigdzie indziej poza Wielkopolską. Najbardziej jednak moje wspominkowe ciasteczko pachnie zwykłym pszennym chlebem, po który codziennie rano jeździłam z babcią rowerem, a potem czekałam, aż w przechodniej kuchni odkroi z okrągłego bochna długą ciepłą chrupiącą piętkę, posmaruje grubo masłem („grubo masełkiem, a co się dziwisz?”), posypie solą i poda do popijania kubek gruboziarnistej kawy zbożowej.

Tylko po co mam opisywać ten smak, skoro nawet moja rozłożysta jak ramiona wielkopolskich bab, wrodzona i wpojona gościnność nie jest na tyle szeroka, bym umiała się z wami moją korzenną pajdą podzielić? Wszystko zostaje zamknięte pod szkiełkiem zasypanego na ul. Chojnickiej sekretu, którego nikt nigdy nie odnajdzie; w pudle pozostawionym na strychu w domu babci, gdy sprzedała go obcym „elementom napływowym”; w lukrowanej amerykance przełamanej z przyjaciółką na pół na dużej przerwie 17 lat temu. Z wami mogę podzielić się jedynie gorzką, zawilgłą nutą nostalgii, starczą (choć metrykalnie średniowiekową) śmiesznostką, upuszczonym przez anioła skrawkiem miejsca, bo czym jeszcze – historią z kantem, piosenką?

https://www.youtube.com/watch?v=nFBBD1Eim1E

czwartek, 14 lutego 2013

Mania i mamanie


„Zapisały mnie do klubu, a potem z niego wyrzuciły”. „Ukradły mi buty i schowały do innego boksu”. „Mówiły do mnie, kiedy chciałam słuchać pani”. „Nie chciały mnie w swojej grupie, bo miałam lepsze pomysły na słowa”.


Pociągnięta za język – żali się. Ma swoje siedem (za dwa tygodnie) lat i siedemdziesiąt siedem szkolnych kłopotów. I mnie ma (a ja mam ją) coraz dalej: za siedmioma lasami, górami, morzami.


„Bądź dla mnie niemiła, wtedy ja będę miła dla ciebie” – prosi, na wrzasku, całkiem absurdalnie. A może nie absurdalnie? Może kiedy jestem wredna, ma mnie – paradoksalnie – więcej i mocniej? Może wstrętną „drugą matkę” (kłania się Koralina, kłaniają się baśnie) utracić łatwiej niż tę pierwszą – wcielenie łask, dóbr i cnót?

„Najbardziej nie lubię przerw i być w centrum uwagi” – płacze pochwalona. W pochwałach czyta fałsz i wymóg. To już woli besztanie, bo po nim można się bezkarnie spisać na straty, położyć na drugim piętrze łóżka, założyć słuchawki.


Ma dopiero siedem lat, a już sobie znikamy. Znikamy sobie – znowu paradoks – nie w tym, jak jesteśmy różne, ale w tym, jak bardzo podobne. Ma przecież moje geny. I moje memy ma. Pulchność, nawyki, niechęci i pasje, śmiesznostki i kłopoty, strategie ucieczki do wnętrza. I ma od niedawna – jak ja przed nią miałam – bezpieczny mur z liter, za którym może przede mną się schować.


Czy przyniesie dziś ze szkoły anegdotkę czy mnie raczej traumą uraczy? Może – omamiona Valentine’s Day memami – zwierzy się (jak kiedyś babci): „Mamo, jak widzę mojego narzeczonego, to się odzywa mój reumatyzm”. I jak jej reumatyzm na romantyzm przetłumaczę, czy mi w tłumaczeniu przebaczy, czy ją wreszcie – w zmęczeniu znaczeń i przeoczeń – zobaczę?



środa, 13 lutego 2013

Być jak Bastian Baltazar Buks lub Joan de Book



W kartograficznych poszukiwaniach przed podróżą do Intima Thule wertuję Historię życia prywatnego – pięciotomowe dzieło zbiorowe, w którym francuscy badacze pokazują przemiany intymności na przestrzeni wieków – od Cesarstwa Rzymskiego do naszych czasów. W trzecim tomie („Od renesansu do oświecenia”) sporo miejsca poświęcono związkom prywatności i czytania. „Umiejętność czytania jest najpierw niezbędnym warunkiem do pojawienia się nowych praktyk składających się na osobistą zażyłość. Jednostkowy stosunek do tekstu czytanego lub pisanego wyzwala od dawnych pośrednictw, strzeże przed grupową kontrolą, pozwala na zagłębianie się w samym sobie” – piszą autorzy.

Nie jestem historyczką (a to jest tylko skromny blog), więc zostawiam na boku czytelniczą filogenezę ludzkości i zagłębiam się w lekturę własnej ontogenezy. Jak stałam się czytelniczką? Pewnie jak każdy. Pierwsze litery, pierwsze czytanki, pierwsza książka wypożyczona z biblioteki. Raczej niewiele różni mnie od tej – coraz bardziej wycofującej się w głąb siebie, zasypiającej teraz w pokoju obok – siedmioletniej dziewczynki, która ambitnie postanowiła, że pierwszą jej samodzielną lekturą będą Opowieści z Narnii. Może byłam trochę mniej ambitna, za to bardziej poukładana i zahukana? Może (jak dzisiaj niestety) bardziej niż czytanie dla przyjemności zajmowało mnie przykładanie się do pracy nad lekcjami (lub pisanie, od kiedy tylko nauczyłam się pisać)?

Wiele bym dała, żeby przypomnieć sobie tę jedną jedyną źródłową lekturę, ale nie umiem. Pamiętam za to inne czytelnicze pierwiosnki.

Moja pierwsza książka ukradziona z biblioteki – jeden z tych przecudownych wydawniczych konceptów, w których czytelnik sam może decydować, do jakiego rozdziału przejdzie dalej i którą z alternatywnych dróg wybierze bohater. Zakazana (a dzielona z ukochanym Bastianem Baltazarem Buksem) przyjemność niesienia w plecaku nadmiarowej – ekscesowej – niezaksięgowanej księgi, powracająca wiele lat potem w „skaczącej” lekturze Cortázara, w „ogrodach o rozwidlających się ścieżkach” Borgesa czy w nielinearnych eksperymentach postmodernistów.

Moja pierwsza wypożyczona książka, przez którą musiałam się tłumaczyć bibliotekarkom – Kwiatki świętego Franciszka, pożarte – o ironio losu! – przez hodowane przeze mnie podówczas winniczki.

Moja pierwsza książkowa zawiść i rywalizacja – zazdrość, że najlepsza przyjaciółka Karolina czyta szybciej i więcej ode mnie, a kiedy przychodzi w odwiedziny, to więcej uwagi poświęca zawartości moich regałów niż zabawie ze mną (o, jak dobrze rozumiem starszą córkę, która ze swoją przyjaciółką Moniką – w czytelniczych wyścigach na Bullerbyn i Narnię – przeżywa teraz to samo). Rywalizacja ta eskalowała w kolejnych latach równie mocno jak przyjaźń – ścigałyśmy się w lekturach, w pisaniu świetnych wypracowań, w zabieganiu o względy pań od polskiego. Do dziś mnie kłuje szyderczy podwójny śmiech przyjaciółki, gdy zaproponowała obranie sobie ksywek – najpierw kpiła dlatego, że nie wiedziałam, skąd jej pomysł na „Scarlett O’Harę”, a później: „bo głupia jesteś, nie znasz angielskiego, nie możesz się nazywać Joan de Book, Book to znaczy Książka!”.

Ach, Karolina, moja pierwsza fascynacja, która nie byłaby fascynacją, gdyby nie książki. To z książek (no bo skąd, tak wtedy myślałam) wiedziała, że nie powinnam bezmyślnie powtarzać za mamą słów „wypieprzyć” i „burdel”, bo to wcale nie znaczy tyle co „powyrzucać” i „bałagan” („błagam cię, Karolina, powiedz mi, powiedz!” – „dzieciuch jesteś, nie powiem, sprawdź sobie w encyklopedii”).

Moja pierwsza książkowa schadzka. Bo owszem, sprawdziłam ten burdel, tyle że cnotliwe tomiszcze podpowiedziało mi jedynie synonim „dom schadzek” („i co – że sobie chodzą do specjalnego domu, i się spotykają, i rozmawiają sobie? o to cały ambaras?”), więc poszłam z pytaniem do taty, a ten, że jestem dzieciuch i nic mi na razie nie powie. Wiele lat później znalazłam w biblioteczce rodziców książkę o tym, jak uświadamiać dzieci, w której rozkwitającym refrenem, na różnych wiekowo etapach trudnych rozmów, powracało (jak gra wstępna doprawdy!) zdanie: „A teraz powiem ci...”, „A teraz powiem ci jeszcze…”, „A teraz powiem ci już wszystko…”. Rodzice nigdy rad z poradnika na mnie i bracie nie użyli (całe szczęście!), za to ja zaczęłam radzić sobie sama. W związku z tym, że Musierowicz w bibliotece zawsze była w deficycie i notorycznie trwały na nią zapisy, postanowiłam, że wyczekując w kolejce, przeczytam sobie bibliotekę… od deski do deski. Postanowiłam zgłębiać księgozbiór alfabetycznie. Dość szybko (choć, przyznam, pobieżnie) poradziłam sobie z A i tak oto dotarłam do B, gdzie czyhał na mnie ze swoimi soft-pornosami dla nastek (tak mi się wówczas wydawało) niejaki Lech Borski. Od B zaniosło mnie zresztą gwałtem do Z, gdzie wyszperałam o wiele bardziej emocjonującą pozycję, a mianowicie Zmory Emila Zegadłowicza. Borski i Zmory leżeli u mnie na półce na przemian. Wróć! Ne na półce przecież, tylko skrzętnie ukryci pod łóżkiem albo za parawanem niewinnych lektur. W końcu dom to dom, a schadzki to schadzki, trzeba je trzymać w sekrecie i strzec przed nakryciem…

Otóż właśnie – moje pierwsze nakrycie. Najpierw ja tatę, potem on mnie. Kiedy zaczęłam samodzielnie czytać, ze zgrozą zauważyłam, że przez lata mojego analfabetyzmu przekłamywał bajkę o pszczółce Mai, ponieważ nigdy nie przeczytał mi, jaki los spotykał jednego z bohaterów (doznał dekapitacji z powodu większego i krwiożerczego owada, czuły ojciec zaś wciskał wrażliwej córeńce narracyjną ckliwość i harmonię). Tata nakrywał mnie potem szach-matem nie raz, wielokrotnie. Wiem, że robił to z miłości, bo chciał mnie chronić przed światem, a jednak kiedy przychodził do mojego pokoju i otwierał odłożoną na chwilę książkę, a potem długo ją wertował, sprawdzając, czy jest dla mnie odpowiednia (dobrze wychowująca młodą pannę, pozbawiona zmąceń, przejrzyście czysta) – odbierałam to jako brutalne wtargnięcie w intymność, władczą uzurpację, zamach na wolność, którą zdobyłam wraz z umiejętnością samodzielnego czytania. Nigdy mi oczywiście żadnej nie zakazał, ale – żeby już tak wymownie i milcząco nie patrzył – nauczyłam się chować jedne pod drugimi: dzieła frywolne pod świętoszkowatymi, okrutne pod sentymentalnymi, nieporządne pod poukładanymi. (Kto wie, czy lata później mój poetycki wybór – poezja lingwistyczna – nie wziął się, po części, z wyuczonego nawyku ukrywania treści intymnych pod powierzchownymi? Ale to już wywód na inną okazję.)

Moje pierwsze… O pierwszych razach z książką mogłabym sama napisać książkę. Znalazłaby się w niej babcia, która – w czasie, gdy byłam na to stanowczo za mała – oplotła mnie jak drutem kolczastym i zaczadziła jak dymem znad Birkenau fascynacją literaturą obozową. Babcia, wielbicielka powieści historycznych Kraszewskiego i romansów Jadwigi Courths-Mahler, żarłoczna, gargantuiczna czytelniczka, tak odmienna od swojej córki, a mojej mamy, która nigdy książek nie lubiła ani nie szanowała, bo przynoszą tylko choroby (astmę od kurzu), głupie myśli i rozleniwienie. O, wyleniłam się wtedy z babcią tak, jak potem już nigdy – w długie wakacyjne dni pilnowałyśmy czereśni przed atakami szpaków, pogryzałyśmy pszenny chleb z masłem i solą i obżerałyśmy się kolejnymi czytadłami (najlepsze książki zawsze będą mi pachnieć pszennie i czereśniowo).

Pierwsze książki, pierwsze smaki, pierwsze skojarzenia… Mogłabym długo i jeszcze intymniej (bo czy i miłość nie zaczęła się od rozmów o książkach, a potem o nich niespożytych maili i listów, smakujących prócz czereśni także ciastkami i lekkim bukietem z winnic Mozeli?). Ale przecież blog to nie książka – nie szeleści, nie ciąży nadgarstkom (ciąży, ciąży, nocnym pisaniem), nie pachnie. Stos książek czeka na czytelniczy zapał obok laptopa, zamykam więc ten przydługi nieco wpis wspaniałym opisem dobroczynnych właściwości lektur, zaczerpniętym, a jakże, z Don Kichota:

„Mam tu dwie albo trzy takie książki pośród mych szpargałów, które zaiste dodały mi życia, i to nie tylko mnie, ale i innym wielu. W czasie żniw zbierają się tu bowiem w święta liczni żeńcy, zawsze znajdzie się ktoś, co czytać umie. Bierze więc wtedy jedną z tych ksiąg w ręce, otaczamy go kołem, często w trzydziestu i więcej, i słuchamy z taką rozkoszą, że nam tysiąc siwych włosów ubywa”.

Dobrych nocnych lektur, siostry i bracia w czytaniu, dobranoc!

poniedziałek, 11 lutego 2013

O otwarciu

Pozostając w temacie pierwszych spojrzeń, ciesząc się z narodzin, o których się właśnie dowiedziałam (Dominiko, gratulacje!) - fragment "apokryfu prenatalnego" o otwarciu:
 

„Drzwi można w jednej chwili z impetem otworzyć, a potem strzelić nimi i zamknąć z powrotem. Otwarcie egzystencjalne wymaga czasu i powolnego dojrzewania. Jest procesem. Narasta”.

Tak rozpoczyna się drugi rozdział Szczelin istnienia Jolanty Brach-Czainy (eFKa, Kraków 1999), zatytułowany „Otwarcie”. Autorka dokonuje w nim iście akuszerskiego czynu – filozofię egzystencjalnego otwarcia (która zwykle bywa roniona, bo nie może się zagnieździć w tkance abstrakcjonistycznych dywagacji) wyprowadza na powrót (pozwala się jej od-rodzić) z mięsnej, krwawej, abiektalnej fizjologii porodu.

Filozofka uniwersalizuje doświadczenie porodu. Poruszamy tę kwestię (obruszając się na uniwersalizację Brach-Czainy lub nie) we Wspólnym Pokoju – piwnicy Largactil Staromiejskiego Domu Kultury w Warszawie, gdzie raz na dwa tygodnie spotykamy się, by rozmawiać o literaturze pisanej przez kobiety. „Przemoc narodzin” dotyczy każdego człowieka, to jasne, ale w jakim celu – sprzeczamy się – autorka rozszerza na wszystkich nas również doświadczenie wydawania z siebie życia? Po co – jak jakiś egzystencjalistyczny Janosik – odbiera je rodzącym kobietom i, trwoniąc beztrosko, rozdaje wszystkim?

Co ciekawe, Brach-Czaina właściwie nie opisuje porodów ludzkich – jej położnice to suki, lochy, kozy, klacze i krowy. Według filozofki akt porodu – krwawe rozsadzenie monady, całkowite poddanie siebie temu, co nadchodzi, mięsne misterium egzystencji – zrównuje ze sobą zwierzę i człowieka: w tym momencie (a raczej w procesie) tak samo bezradnych, rozwartych na oścież, bestialsko bolesnych.

Rozumiem i akceptuję to zrównanie, a jednak w odśpiewywanej przez Brach-Czainę pieśni na cześć otwarcia brakuje mi twarzy – twarzy rodzących. Nieoczekiwanie udaje się nam je zobaczyć dzięki Dominice Dzikowskiej, która na kolejne spotkanie we Wspólnym Pokoju przynosi zrobione przez siebie fotografie rodzących kobiet. A konkretnie – ich twarzy, które w skoncentrowanym wysiłku otwierającego się ciała wydają się najmniej ważne. Gdyby autorka wcześniej nie opowiedziała nam o istocie swojego projektu, a jedynie pokazała zdjęcia, mielibyśmy problem z rozstrzygnięciem, w jakim momencie zostały uchwycone bohaterki. Widzimy oblicza natchnionych mistyczek, grymasy zastygłe w ekstatycznych uniesieniach (nie wiadomo: bardziej religijnych czy erotycznych?), rysy wyostrzone bólem, a jednocześnie rozmyte rozkoszą, oczy rozszerzone zarazem paniką i pełnym oddaniem, usta zaciśnięte z bojaźnią lub rozwarte krzykiem i drżeniem. Kobiety na fotografiach są zawieszone gdzieś poza światem, poza istnieniem, a przecież – uświadamiamy sobie – cały ich wysiłek, ból i ekstaza koncentrują się w tym momencie jedynie na tym, by z siebie owo istnienie wydać na świat.

Poród – tak jak opisuje go Brach-Czaina i jak widzimy na zdjęciach Dominiki – jest aktem czystej wiary i aprobaty, zawieszeniem wszystkich egzystencjalnych wątpliwości. „Formuła porodu brzmi: niech to, co jest, będzie”. Jednak zanim ta formuła zostanie potwierdzona rytuałem otwarcia, konieczne jest najpierw doświadczenie zamknięcia, odizolowania się, braku akceptacji. Popiskujące suki biegają z miejsca na miejsce, kozy ogarnia lęk, na przemian kładą się i wstają, uderzają nogami o brzuch, kobiety to kulą się w kącie, to zaczynają gwałtownie chodzić po sali, odpychają od siebie osoby towarzyszące, by za chwilę kurczowo się ich uchwycić, skupiają się na rytuałach rodzenia, a zaraz potem histerycznie próbują zaprzeczyć nieuniknionemu.

Ten niepokój roznieca się na długo przed terminem, a potem, przez kilka miesięcy, tylko narasta, puchnie jak ciasto w dzierży, na wyścigi z brzuchem. Otwarcie i zamknięcie bowiem nie dotyczą jedynie porodu. Brach-Czaina pisze: „Stan otwarcia oznacza dopuszczenie wszelkich możliwości (…) jest czystą potencjalnością. Przejawem zgody na różnorodność świata. (…) Ale otwartość zwiastuje jedynie bogactwo zdarzeń, nie zapowiada, jakie będą”. Patrząc na twarze uchwycone na fotografiach Dominiki, nie mogę przestać myśleć o tym, jak wyglądały one kilka miesięcy wcześniej, kiedy każda z rodzących teraz kobiet dowiadywała się, że jest w ciąży. I czuję, że najbardziej heroiczny akt egzystencjalnego otwarcia zaczyna się nie na sali porodowej, lecz dużo wcześniej, właśnie tam – z testem ciążowym w toalecie, na fotelu ginekologicznym, w trakcie przypadkowych badań kontrolnych – i że tam również (niezależnie od tego, czy ciąża jest wyczekiwana, akceptowana, czy przypadkowa, niechciana) zaczyna się gehenna zamknięcia, zatrzaśnięcia się na tę wiadomość, monadycznej niezgody na cudze istnienie.

niedziela, 10 lutego 2013

O pierwszym spojrzeniu


Na fejsiku dopada mnie przypomnienie-wzruszenie. Strona Mother Power, którą polubiłam, zamieściła fotkę z komentarzem: Pamiętam, gdy pierwszy raz spojrzałam na Ciebie. Tęsknię za tym uczuciem. 



I zaraz je sobie przypominam. Trzykrotne, każde inne. To całkiem niedawne, sprzed dziewięciu miesięcy - kiedy mała siłaczka (a jakaż miała być, skoro jeszcze w stanie prenatalnym objęły ją czułym matronatem siostrzyce-feministki ze Wspólnego Pokoju?) zaraz po narodzeniu podpełzła dziarsko po należną jej porcję mleka i czułości, łypnęła srogo i rozparła się asertywnie łokciami, aż babki powijalne musiały obłożyć mnie kocami, żeby się jak kocię nie wyturlała osłabionej matce z objęć. 

To sprzed dwóch i pół roku - krótkie, porozumiewawcze, w swej spokojnej szarości podobne do oczu mojego taty - jakby on, nowo narodzony Jan Serce, rozumiał równie dobrze jak ja, że nie dane nam żadne natalne tate à tate, żadne czułe ciało-do-ciała, bo muszą nas teraz, po szybkim powitaniu, rozdzielić, żeby przeanalizować, czy niepoprawny prenatalny częstoskurcz nadkomorowy nie odezwie się także po tej stronie.

Ale najlepiej pamiętam tamto pierwsze, sprzed siedmiu lat, wyczekiwane najdłużej, o którym właśnie piszę (= za którym tęsknię) w nowej książce. Czy cesarskie dzieci bardziej bolą? - zapytała mnie kiedyś pierworodna. W odpowiedzi, którą może kiedyś przeczyta, napisałam:      



Bawię się z nią w zadania. Rysuję sukę, a Maria ma dorysować szczeniaki. Po chwili na kartce kłębią się czworonożne bazgrołki – jedne jasnoniebieskie, drugie seledynowe. Również psia matka jest cała upstrzona ciapkami w tych dwóch kolorach. Mówię, że ładnie, chwalę kompozycję łat.


– To nie są żadne łaty! – oburza się córka. – To blizny po cesarskich cięciach. Wiesz, po tych wszystkich szczeniaczkach – dodaje konspiracyjnie.


Hiperborejka. Nie wiem dlaczego w tamte długie, koszmarne godziny, gdy czuwałam samotnie w lutową noc, a potem wpatrywałam się w świtające nad Solcem niebo i wsłuchiwałam w krzyk krążących nad szpitalem ptaków, przyszło mi do głowy właśnie to słowo. Ta, która przybyła znad północnych wiatrów, dziewczynka z krainy pogody i szczęścia, moja drobna dobrodziejka, Hiperborejka.


Czy bolała mnie bardziej niż syn, wypchnięty na świat cztery i pół roku później, w drugim, ekstatycznym parciu? Bolała. Nie, nie podczas ciągnących się w nieskończoność godzin rozstępowania się wewnętrznego morza, kiedy Mójcion siedział obok, podrzucał mi – dla rozluźnienia – co śmieszniejsze anegdoty Z głowy i pytał, grzebiąc w plecaku zabranym na oddział: „A gdzie są kanapki? Czy spakowałaś czekoladę?”. I nawet nie wtedy, gdy bóle stały się nieodparte jak przeznaczenie, a położne, chytre babki powijalne, jak na złość zjednoczyły się w ostrzegawczym krzyku: „Nie przeć! Niech pani absolutnie nie prze! Robimy cesarkę, dziecko nie może urodzić się normalnie!”. Najbardziej bolała potem, kiedy obudziłam się z narkozy, zaaplikowanej w ostatnim momencie, a jej przy mnie nie było. I nie wiedziałam, czy słowa męża, rzucone w przelocie, gdy wieziono mnie na salę obserwacyjną – „jest zdrowa, duża i krzykliwa” – to naga prawda czy spłachetek snu? Nie pokazano mi jej przez wiele godzin, gdy on dawno poszedł do domu, a cały szpital pogrążył się w letargu, przerywanym jedynie krzykiem przychodzących na świat noworodków. Błagałam kolejne doglądające mnie położne, żeby zostawiły w spokoju moją pooperacyjną ranę i powiedziały cokolwiek o dziecku, ale one odchodziły z zasznurowanymi ustami, utwierdzając mnie w myśli o najgorszym.


Dopiero o ósmej rano, po siedmiu godzinach niepewności, kiedy z koszmarnego snu o martwych niemowlętach zbudził mnie szczęk sztućców i brzdęk talerzy z sąsiednich sal, położna z nowej zmiany postawiła przy moim łóżku wózek. A z niego spoglądała najczarniejszym i najjaśniejszym zarazem wzrokiem ona – Hiperborejka, dziewczynka, córeczka.


– Pokażesz, czy wyskoczył ci już pępuch, mamo? – pyta sześć lat później i bezceremonialnie odkrywa mój brzuch rozdęty trzecią ciążą. A potem kreśli na nim palcem niezgrabny krzyżyk – Tę bliznę masz po wyrostku, a ten długi, wąziutki ślad to po mnie. 




piątek, 8 lutego 2013

czwartek, 7 lutego 2013

Na koniec dnia



Dzień niedomówień, zaniemówień, pomówień. Lepiej już nic o tym dniu. Więc zamiast omówień, na dobranoc, wiersz Anny Świrszczyńskiej, która dzisiaj, gdzieś w zaświatach, obchodzi 104 urodziny:  

       NIE DOSIĘGNIESZ

      W naszej kobiecej rozpaczy
      tak wiele wstydu.
      W naszej rozpuście
      tak wiele śpiewu ptaków.
      Twoje cierpienie
      jest bezwstydne jak twoje ciało.
      Krzyczysz
      ze szczerością oseska. Wtedy
      czuję dla ciebie pogardę.

      Jednoznaczni i ociężali,
      czy potraficie zrozumieć
      te, których ciała są lekkie
      jak wybuch śmiechu.
      Wy nie znacie
      elastycznego męstwa płomienia,
      co w każdej chwili niszczy się,
      aby odmienić.
      To w nas jest jego sprężysta obfitość,
      jego bogactwo.

      Przy tobie
      jestem inna, niż byłam przy innych,
      od dziurki w nosie aż do pięty.
      I nowa inność
      już czeka we mnie.
      Ale ty zabierzesz odchodząc
      płytę z jedną tylko melodią
      żałośnie zdartą.
      Moje niebo miłosne
      i miłosne piekło
      kwitną wysoko. Nie dosięgniesz
      nawet, by zniszczyć.


środa, 6 lutego 2013

Staroć, ale z nowej, piszącej się


[Jak trwoga, to do bloga? Może tak, ale najpierw musi się uleżeć na języku, więc dzisiaj fragment starocia, pisanego sześć lat temu, przy jednej wtedy - raczkującej tutaj - córce. Dzisiaj zaczęła fest raczkować ta druga, więc radość trochę trwogę rozjaśnia. Fragment ze szkicu Praca marzenia słownego, czyli Epifania i bergamotki, który - jak wszystko pójdzie odpukać - trafi jeszcze w tym roku do nowej książki z "apokryfami prenatalnymi" pt. Powlekać rosnące. Tu sam tekstu początek:]


 Praca marzenia słownego, czyli Epifania i bergamotki [fragm.]



Na marę Romy i jawę Honorat

Na początku jest sen. Kolejny z cyklu nieprzepracowanej żałoby, z czego zdaję sobie sprawę już we wnętrzu tej sennej narracji. Młodo i nagle zmarła ciotka, matka dwójki małych dzieci, zabrana przez chorobę, co się rakiem nie cofa, w ciągu niespełna dwóch tygodni od dnia rozpoznania objawów i wydania wyroku. Śni mi się kolejny – który to już? – raz. Zwykle przychodzi jako mara pochowana za życia, domaga się w tym sennym majaku stwierdzenia, że przecież oddycha, rozmawia, je i pije, rumieni się, uśmiecha, a zatem nie umarła, więc dlaczego ci wszyscy źli ludzie zbierają się tutaj, by ją wiekiem trumny przybić i ziemią zasypać? Czasami bawi się ze mną w groteskę – nie byłam na jej pogrzebie i dlatego wciąż na nowo chce odgrywać tę niebyłą ceremonię. Ze straceńczą ironią daje instruktaż, jak zmarłego w trumnie oraz ziemi umieścić, by zasypanie nie okazało się tylko zasypianiem, bo to przecież największa trauma – zasnąć zbyt mocno i w trumnie się zbudzić. Co którąś noc dręczy mnie wyrzutami sumienia. Mści się obecnością za nieobecność, spóźnionym narzucaniem się – za niewczesność pamięci. Przychodzi uparcie, a ja wciąż – choć śnię o niej – to o niej nie piszę.

Wreszcie tej nocy przydarza się nam obu (bo tak właśnie, jako o naszej wspólnej, sekretnej przygodzie, nauczyłam się o tych nocnych marach myśleć) sen pogodzenia. Ona godzi się na to, że już nigdy tutaj nie wróci, ja – godzę się ze świadomością, że faktu jej odejścia z siebie nie wyrzucę, nie zepchnę w podświadomość, jak się spycha trumnę w cmentarny dół. Tej nocy śni mi się ona i śnią mi się bergamotki.
Śnią mi się, tylko... Jak streścić to, co – słowami Freuda – jest zgęszczeniem, daleko posuniętą kondensacją? Te „splecione ze sobą pojedyncze wyobrażenia”, ten „obraz zamazany, bez konturów” – to wszystko, co ojciec psychoanalizy przyrównał do „kliszy, na której zrobiono kilka zdjęć” (inaczej, po mojemu mówiąc: do anamorfozy). Nie wierząc w możliwość opowiedzenia snów – jednak opowiadam.

۞

Opowiadam o maleńkim mieście, które przycupnęło na skraju świata tak cichutko, że stało się wioską, więc swoją nazwą do dziś smutno przypomina: „jestem Miasteczkiem, pozostanę Krajeńskie”.

Opowiadam o rodzinnej miejscowości, a ona zaprasza mnie do siebie każdym z dziecinnych wspomnień. Nęci wakacjami spędzanymi tylko z babcią. Porannymi wycieczkami rowerem po świeży pszenny chleb o kształcie koła, który potem – krajany „dla ukochanej wnusi”, zanim po niechrupiący środek zdążyli przybiec mniej niż ja hołubieni kuzyni i kuzynki – gubił długie, niemal dookolne „piętki”, smarowane potem masłem, posypywane solą, zjadane na gorąco, popijane gryzącą fusami zbożówką (którą piję teraz, gdy piszę te słowa).

Opowiadam, bo kusi mnie ta rodzinna wioska koło Piły jeszcze i zakazanymi wycieczkami „na beszong”, czyli nasyp kolejowy, o którym babcia zawsze krzyczała ze zgrozą, w takt przemykających pociągów: „gdzie te gzuby znowu poszły, poniosło ich chyba na zgubę!”. A nas nie na zgubę poniosło, tylko na drzemę wśród traw, które nigdzie nie były tak szumiące, pachnące i bzyczące jak na beszongu. Na ploty panieńskie, rumieńcem okraszone, nas poniosło i na plecenie wianków z bujnego kwiecia. I jeszcze na szeptane w ucho marzenia, na zabawy w kocie kolebki, na zrywanie płatków z nadzieją i smutkiem: „kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba, żartuje”, na grosenki, wróżby, kołysanki.

I opowiadam jeszcze o wszystkich moich wujkach, ciotkach, kuzynach, rozsypanych po Miasteczku jak motki wysypane z koszyka, które czasami pomagałam babci gonić, nawijałam na właściwe kłębuszki, przecinając ruchem nożyc te wątki, co – zbyt zamotane – nie dawały się już rozplątać (w chwili, gdy to piszę, mam na sobie upleciony z ówczesnej zieleni sweter, który wcześniej należał do babci, a do mnie trafił, niemal jak amulet chroniący przed złem, jak zbroja dająca siłę, po jej śmierci, w roku 2004, pamiętnym dlatego, że splątał ze sobą trzy pogrzeby najbliższych i jeden, również najbliższy, ślub).

Przywodzę do opowieści również ulubioną kuzynkę, z którą snułyśmy intrygi nie mniej fantastyczne niż opowieści czytane „przy szpakach” (a ona, ta kuzynka, wdziera się w intrygę całkiem realnie, dokładnie w tej chwili, zaczepką na gadu-gadu; i myli mi tą zaczepką, tym pytaniem niedoświadczonej matki, czynione przed laty dziewczyńskie rachuby, w których obie byłyśmy zakonnicami; i miesza mi je z autentycznym czteroletnim epizodem klasztornego życiorysu, który kuzynka ta przeżyła samotnie i który równie samotnie przerwała nagle, po to, by niedoszłe śluby wieczyste zamienić na równie wieczysty, lecz bardziej doszły ślub z mężczyzną, a gromadkę cudzych dzieci – na narodzone niedawno własne dziecko).

(Więc odpowiadam jej na gadu-gadu krótką radą matki trochę bardziej doświadczonej i do pliku „bergamotki.doc” czym prędzej powracam). Wreszcie same ptaszyska do opowieści przywodzę, zamiast je odganiać od drzew czereśniowych, których wraz z babcią pilnowałyśmy przed zagładą do czasu, kiedy – gdzieś koło południa – czytanie stawało się silniejsze niż uważność, a natura szpaków wygrywała z naszą kulturową słabością do lektury.

Opowiadam, bo pamiętam, jak ze szpakami poradził sobie wreszcie wujek, drugi w Miasteczku konstruktor i wynalazca (drugi po panu Pikuliku – choć może on się wcale nie nazywał Pikulik? – paranormalnym twórcy różnych paramłynów, parawiatraków, parasamochodów i paralotni). Wujek ten (ojciec wspomnianej kuzynki, tymczasowo w komunikatorze niedostępnej) był przez pół życia pełen niemych wyrzutów wobec rodziców, że ci – zamiast artysty (złotnika, rzeźbiarza, a choćby i nawet, mawiał, zegarmistrza) – zrobili z niego mechanika taborów kolejowych. Musiał sobie ów młodociany brak rekompensować na starość, walcząc w czasie przedwczesnej emerytury z coraz słabszym wzrokiem, zwyciężając chorobę rogówki każdym kolejnym cudem swego warsztatu: a to meblami rzeźbionymi w stylu secesji, a to sygnetami, którymi obdzielił pół rodu Baronów, a to wreszcie użytkowymi cackami w rodzaju wiertarki odpędzającej ptaszyska od sadu czy też armaty na dziki, której głos do dzisiaj rozbrzmiewa od granicy miasteczkowych beszongów aż po krajeńskie krańce nadnoteckich mokradeł.

Opowieść się snuje, ale wciąż ma ona raczej smak rozpuszczanej w herbacie mdląco-słodkawej magdalenki niż samej herbaty o cierpkim bergamotkowym aromacie, którą piję w każdym z tych trzech momentów – po przebudzeniu ze snu (o nim jeszcze nic nie powiedziałam), w ostatnim szlifie wiersza (o nim nie opowiem) i teraz (gdy piszę te słowa).

Wypieram ze świadomości opowieść o bergamotkach, zastępując ją historiami korzennymi, tak jak dziecko, którym byłam, wypierało choroby chronicznie związane z rodziną ojca i zastępowało je baśniowym, nieskalanym śmiercią światem rozciągającym się po zdrowej, matczynej stronie Miasteczka, zwanej Hubami.

۞

Sen jednak, o którym chcę wreszcie zacząć opowiadać, pojawił się po tej drugiej – chorej, chronicznej, mrocznej – stronie. Chcę go opowiedzieć, chociaż – powtarzam to wam i sobie – w opowieść o śnie nie wierzę. Kogo bowiem interesuje marzenie senne bardziej niż samego marzyciela? Kogo w ogóle ono interesuje, jeśli pominąć sytuację medyczną wymagającą prócz szczerości pacjenta także uwagi psychoanalityka? I czy rzeczywiście w tym seansie właśnie sens snu jest najistotniejszy, a nie dogmatyczne przekonania lekarza i niewysławialny niepokój klienta? Wreszcie – żeby pytaniom uczynić zadość, niech padnie jeszcze jedno – czy mamy jakąkolwiek szansę oddać autentyczny zrąb snu tak, by nie gruntować go przy tym gładzią poetyckich metafor ani nie uspójniać lepikiem nazbyt zwartej narracji?

Tymczasem pytania zostawmy psychoanalitykom, a metafory remontowe – plądrującym moją kuchnię fachowcom. Klucz do snu o bergamotkach spoczywa raczej w magazynie symboli przyrodniczych niż budowniczych. Nie będzie też odprężającej pogadanki na miękkiej freudowskiej kozetce. Zamiast tego muszę uwagę rozproszyć – na pisanie o śnie i pilnowanie (raczkującej tuż obok, dobiegającej roczku, niechcącej zasnąć) Marii Kozetki.

[...] 

[*]